opcje zaawansowane (rozwiń)zaawansowane
opcje zaawansowane (zwiń)zwiń

Opowieści wielkanocne

Przeżywamy intensywnie okres Wielkiego Postu. Podejmujemy wiele praktyk, zarówno pokutnych, ku nawróceniu, jak i takich działań, które mają nam pomóc odkryć jakąś nową drogę do Boga. Przygotowujemy się do dobrego przeżycia Świąt Wielkanocnych przez intensywne wydarzenia Triduum Paschalnego i… No właśnie, i co? 

Rozpoczyna się 50-cio dniowy Okres Wielkanocy, który ma być dla nas jednym dniem święta, ale stajemy przed nim często bezradni i bez pomysłu, co zrobić, żeby go dobrze przeżyć. Mamy tak wiele propozycji na Wielki Post, a na Wielkanoc? Opowieści wielkanocne ‘On żyje!’ to okazja do lepszego przeżycia Wielkanocy, to zachęta do poszerzenia wyobraźni ducha. Co się wtedy zdarzyło? Jak się stało? Co przeżywali wszyscy uczestnicy tych wydarzeń? Jaki to może mieć związek ze mną? 

Daj się ponieść wyobraźni, wejdź i przeżywaj Wielkanoc razem z Maryją, Marią Magdaleną i innymi uczniami. Pięćdziesiąt mini opowieści, na każdy dzień tego okresu, może być dla ciebie okazją do osobistego przeżycia spotkania ze Zmartwychwstałym. Daj sobie szansę i bądź wytrwały.

 

01. Maryja i Maria Magdalena

02. Piotr i Jan

03. Maria Magdalena

04. Arcykapłani i Żołnierze

05. Uczniowie w Jerozolimie

06. Uczniowie idący do Emaus

07. Uczniowie w Wieczerniku

08. Uczniowie ze Zmartwychwstałym

09. Uczniowie

10. Uczniowie w Jerozolimie

11. Tomasz

12. Uczniowie w Gailei

13. Uczniowie i cudowny połów

14. Uczniowie po cudownym połowie

15. Szymon Piotr i Jan

16. Uczniowie i Wniebowstąpienie

17. Uczniowie po Wniebowstąpieniu

18. Maryja i Maria Kleofasowa

19. Świadectwo Piotra i Zesłanie Ducha Świętego

1. Maryja i Maria Magdalena

W Jej uszach brzmiało ostatnie słowo, jakie usłyszała od Jezusa: „wykonało się!” Na rękach wciąż jeszcze czuła stygnące, obolałe ciało swego Syna. Na Jej ubraniu pozostały ślady Jego krwi. Była jeszcze w ogrodzie, kiedy zataczano na grób ogromny kamień. W gościnnych progach Wieczernika spędziła świąteczny dzień szabatu. Była odrętwiała. Jak złowieszcze echo wracały do niej słowa Symeona: „a Twoją duszę miecz przeniknie”. Już lepiej by było, żeby to Mnie zabili, a nie Jezusa – pomyślała. Poruszając bezgłośnie wargami wyszeptała jednak: ‘fiat, niech Mi się stanie według twego słowa’. Było jeszcze ciemno. Ranek zapowiadał się chłodny. Maryja przebudziła się i miała wrażenie, że nie jest sama. Ogarnęło ją ciepło i całą sobą czuła obecność swego Syna. On jest, żyje – zrozumiała. Spełniły się Jego słowa. 

Gdy wychodziła z Wieczernika było jeszcze ciemno. Głowę owinęła chustą i lekko nią przysłoniła usta, żeby nie czuć chłodu wdychanego powietrza. Na bezchmurnym niebie skrzyły się gwiazdy. Blask księżyca oświetlał jej drogę. Biegła do grobu. Tam pochowano Jezusa. Miała w oczach sceny Jego męki, odstraszał ją widok poranionego, umęczonego ciała, które w pośpiechu pogrzebano. A ona chciałaby zadbać z całą pieczołowitością o Tego, którego szczerze miłowała. Raczej wolała myśleć o chwili spotkania z Nim, kiedy ją uzdrowił, uwolnił od dręczących złych duchów. Jakież było jej zdumienie, kiedy stanęła przed grobem i zobaczyła odsunięty kamień. Co się stało? Gdzie jest Jezus? – pomyślała. Nie umiała poskładać myśli. Z kołatającym sercem pobiegła z powrotem do Wieczernika, żeby powiedzieć o wszystkim Piotrowi i pozostałym uczniom. 

Maria Magdalena zdyszana wbiegła do domu i wołała:
- Piotrze, Janie, nie ma Jezusa. Ktoś go zabrał!
Uspokój się, powoli, Magdaleno, co ci się stało? – zapytał Piotr i próbował uspokoić rozdygotaną kobietę.
Ona wydobyła z siebie tylko:
- grób… pusty… nie ma Jezusa!

2. Szymon Piotr i jan Apostoł 

Maria Magdalena zdyszana wbiegła do domu i wołała:
- Piotrze, Janie, nie ma Jezusa. Ktoś go zabrał!
Uspokój się, powoli, Magdaleno, co ci się stało? – zapytał Piotr i próbował uspokoić rozdygotaną kobietę. Ona wydobyła z siebie tylko:
- Grób… pusty… nie ma Jezusa!
Szymonowi na te słowa zadrżało serce. W głowie miał mętlik skojarzeń i wspomnień. Gdzieś pojawił się przebłysk, iż Jezus przecież sam zapowiadał, że musi cierpieć, musi umrzeć, ale że będzie znowu żył. Nie wiedział, co zrobić, gdzie iść. Głowa mu pękała od natłoku myśli. Wybiegł z Wieczernika i jego kroki skierowały się do stóp Golgoty, gdzie był grób Jezusa. Musiał sam zobaczyć, dotknąć, sam się przekonać. Po drodze dołączył do niego Jan, ale był młodszy i szybciej dobiegł na miejsce. 

Jan zdyszany zatrzymał się przy wejściu do grobu. Rzeczywiście, wielki kamień zamykający grób był odsunięty. Magdalena mówiła prawdę – pomyślał. Z lekka nachylił się, aby zajrzeć do wnętrza mogiły. Leżały tam jakieś płótna. Pewnie to całun, którym owinięty był Jezus do pogrzebu – pomyślał. Ale co się mogło stać z ciałem Pana? – zastanawiał się przez chwilę. Wtedy dobiegł do niego Piotr. Niewiele myśląc, szybko wszedł do środka grobu. Przez chwilę nic nie widział, bo jego oczy były nieprzyzwyczajone do mroku pieczary, ale po chwili zobaczył leżące płótna. Na osobnym miejscu była chusta, którą była zakryta twarz Jezusa przy pogrzebie. Piotr delikatnie pogładził dłonią po chuście, jakby chciał czule dotknąć twarzy Jezusa. Uniósł palcami leżące płótna. 
- Janie, chodź do środka! – zawołał. I wyszeptał oszołomiony: - Zobacz, czy to możliwe...?

Z lekko drżącym sercem Jan wszedł do wnętrza grobu. Była cisza i półmrok. Widok leżących płócien rozbudził w nim wspomnienie dramatu, w jakim jeszcze nie tak dawno uczestniczył. Wszedł do grobu, ale poczuł się jakby przecisnął się przez bramę na dziedziniec Arcykapłana, wpuszczony przez odźwierną. Jego głowa napełniła się widokiem ogniska i zebranych tam, rozgadanych ludzi. Popatrzył na płótna i wrócił do niego widok Jezusa konającego na krzyżu. Czuł, jak spinają się wszystkie jego mięśnie. A wtedy w jego głowie pojawiła się zaskakująca myśl: „chodź i zobacz… chodźcie a zobaczycie”, jak wtedy kiedy pierwszy raz spotkał Jezusa nad Jordanem. I nagle jakby łuski opadły z jego oczu. Zobaczył i zrozumiał. I oszołomiony powiedział:
- Tak, Piotrze, to jest możliwe, Jezus żyje.

3. Maria Magdalena

Maria Magdalena stała przed wejściem do grobu, opierając się ręką o odsunięty kamień. Na głowie miała chustę. Z oczu płynęły jej wielkie krople łez. Nie mogła zrozumieć, co się stało z ciałem Jezusa. Przecież byłam przy tym, jak Go składano do grobu, wszystko widziałam – pomyślała. Sama owijałam jego ciało w całun i widziałam, jak Go układano w grobie – próbowała odtworzyć w pamięci tamte chwile. Nachyliła się lekko do wnętrza pieczary. Kiedy jej oczy przyzwyczaiły się do panującego tam półmroku, spojrzała na miejsce, gdzie było ciało Jezusa i wtedy jej oczom ukazały się dwie postacie w bieli. Usłyszała:
- Czemu płaczesz? 
Była tak zajęta swoimi myślami, że nawet się ich nie przestraszyła. Powiedziała tylko:
- Ktoś zabrał mego Pana i nie wiem, gdzie szukać Jego ciała.

Maria usłyszała za sobą jakiś szelest i zapłakana odwróciła się. Przed nią stał jakiś nieznajomy mężczyzna. Pewnie to ogrodnik – pomyślała, może on będzie coś wiedział, gdzie podziało się ciało Jezusa. Zabrano Pana, ale kto i po co? Takich rzeczy się nie robi, to wbrew religii – snuła dalej w myślach swoje rozważania. Nieznajomy zapytał ją jednak, czemu płacze? Nie mogła opanować swojego szlochu, ani zatrzymać potoku łez spływającego po jej policzkach. W końcu, nie zważając na nic i myśląc, że spotkany człowiek to ogrodnik, zapytała go czy to on przeniósł gdzieś ciało Jezusa i gdzie je położył. Bo ona tam pójdzie i zabierze je. Pomyślała, że musi je odzyskać, aby ze czcią pochować. Nie mogła pozwolić na to, żeby ciało ukochanego Pana było bezczeszczone. 

Maria Magdalena stała przed nieznajomym człowiekiem zapłakana i smutna. Prosiła go, żeby powiedział, gdzie położył ciało Jezusa, ale jak nakazywał zwyczaj, nie mogła mu patrzeć prosto w twarz, tylko stała ze spuszczonym wzrokiem. Wtedy nieznajomy powiedział do niej:
- Mario! 
Wstrząsnęło nią nie tylko jej imię, ale i ton, w jakim zostało wypowiedziane. Tak mówił do niej przecież tylko Jezus! Ciało Marii całe zadrżało z przejęcia. Spojrzała na Jezusa i zawołała:
- Nauczycielu!
Nie wiedziała, co ma zrobić. Upadła Jezusowi do stóp, objęła go za nogi, szepcząc:
- Panie, Ty żyjesz!
Jezus mówił jej coś o Ojcu, ale była tak wstrząśnięta, że nie mogła pozbierać myśli. Pamiętała tylko, że ma iść do apostołów.
Wbiegła do Wieczernika, wołając od progu:
- Widziałam Pana! On żyje!

4. Arcykapłani i żołnierze

Arcykapłani i faryzeusze niepokoili się z powodu działalności tego samozwańczego Mesjasza z Galilei, Jezusa. Co prawda widzieli znaki i cuda, jakich dokonywał, ale to, że uważał się za Syna Bożego, tego było już za dużo. Im powierzono pieczę nad wiarą narodu wybranego i nie mogli sobie pozwolić, żeby ktoś taki naraził wszystkich na gniew i zemstę Rzymian. Przez długi czas szukali sposobu, żeby się go pozbyć, ale za każdym razem wymykał się im. W końcu dopięli swego. Nie byli zadowoleni, że Piłat napisał: "Jezus Nazarejczyk, Król Żydowski", ale najważniejsze było, że on na krzyżu zawisł i umarł. Pamiętali jednak, że ten "oszust" zapowiadał zmartwychwstanie. Nie mogli sobie pozwolić na taki skandal. Opieczętowali więc grób i postawili przy nim na straży kilku żołnierzy. 

Żołnierze mieli jeszcze świeżo w pamięci zamieszanie w Ogrodzie Oliwnym i sąd u Piłata. Dobrze się bawili, kiedy ubrali Jezusa w purpurę i uwili z krzaka cierni koronę dla Niego.
- A to ci król, witaj! – wołali podekscytowani.
Wiedzieli, co mają robić, kiedy zapadł wyrok. Zaprowadzili skazańców na Golgotę. Fachowo przytwierdzili ich do krzyży, sprawdzili, czy umarli. Kiedy na prośbę arcykapłanów zaczęli trzymać straż przy grobie Jezusa, wszystko wydawało się uspokajać. Szabat minął bez żadnych szczególnych wydarzeń. Było cicho, nawet nudno. Następnego ranka, gdy jeszcze było ciemno wokół, potężny huk i łomot wyrwał ich z senności. Zdawało się im, że wszystko się zatrzęsło. Nagle oświecił ich wielki błysk. Potężny, opieczętowany kamień nagrobny przesunął się, otwierając wejście. Żołnierze nie byli na to przygotowani. Uciekli w popłochu. 

- A nie mówiłem! – stwierdził wyraźnie zdenerwowany Kajfasz - Właśnie tego się obawiałem. Ten Mesjasz z Galilei sprowadzi na nas wszystkich, na cały naród, wielkie nieszczęście
Żołnierze ze straży przy grobie opowiedzieli, co tam zaszło i co widzieli. Arcykapłani byli wstrząśnięci.
- Nie możemy pozwolić, żeby to się rozeszło wśród ludzi – powiedział któryś z nich, a pozostali stanowczo mu przytakiwali.
- Musimy powstrzymać tę tragedię – dodał następny.
Na chwilę odeszli na bok i szeptem się naradzali. Żołnierze patrzyli na nich z obawą. Spodziewali się kłopotów za źle wykonane zadanie.
Arcykapłani wrócili jednak, dali im pokaźną sakiewkę pieniędzy i przyrzekli ochronę przed Piłatem. W zamian mieli jednak rozpowiadać inną historię.
- Ani słowa o powstaniu z martwych! To uczniowie ukradli ciało, żeby oszukiwać ludzi! – dodali arcykapłani z naciskiem i odesłali żołnierzy.

5. Uczniowie w Jerozolimie

Jeszcze do niedawna wydawało się, że świat będą mieli u stóp. Ich Nauczyciel był podziwiany, dokonywał wielkich cudów, słuchały Go i szły za Nim rzesze. To przecież tylko kilka dni wcześniej tłumy skandowały "Hosanna", ścieląc płaszcze i gałązki palmowe przy wjeździe do świętego miasta. Tak witali wyczekiwanego Mesjasza. A uczniowie? Było im z tym dobrze. Mieli poczucie, że uczestniczą w czymś wielkim, ważnym. Oderwani od swego małego, marnego życia, mieli coś, co otwierało przed nimi cały świat. I nagle ten sen prysnął. W kilkadziesiąt godzin runął ten misterny plan zawojowania świata, oczywiście "z Mistrzem i dla Niego", jak się łudzili. Buńczuczne zapowiedzi szybko zostały zweryfikowane. Okazali się tchórzami, zapierali się. Judasz był złodziejem i zdrajcą. Mijali się zdezorientowani, nie patrząc sobie w oczy. 

Do tej pory wszystko było jasne. To Jezus decydował. Mówił co i kiedy mają robić. Wystarczyło tylko słuchać. Ale co teraz? Co robić, gdzie być? Zostać w Jerozolimie, czy też wracać do Galilei, do domu? Mają zostać razem? Ale po co? Jaki to ma sens? I kogo słuchać? 
Piotr, Jan i Jakub byli jakoś wybrani przez Jezusa, dopuszczeni bliżej. Ale i oni byli onieśmieleni i zamknięci, "zapadli się" w sobie. Cała grupa patrzyła na nich z jakimś wyczekiwaniem, że "może coś", "może jednak", ale nic się nie pojawiało. Tomasz, który jeszcze niedawno "chciał umierać z Jezusem", teraz snuł się po Wieczerniku, nie mogąc opanować emocji. "Ta atmosfera mnie dobije, już nie mogę" – pomyślał. "Muszę wyjść" – rzucił na odchodne i ruszył byle dalej od tego przygnębiającego miejsca. 

- Wracam do domu, nic tu po mnie – powiedział zdecydowanie jeden z uczniów, dając innym do zrozumienia, że dzieje się z nimi coś niedobrego.
- Poczekaj, idę z tobą – rzucił Kleofas, zbierając kilka rzeczy do tobołka.
Rzeczywiście, coś niedobrego działo się z uczniami. Przyszli do Jerozolimy razem z Jezusem. Niby nic wielkiego im nie obiecywał, a nawet mówił o śmierci i prześladowaniu, ale przepowiadał słowo z mocą. Dokonywał niezwykłych rzeczy. Nie dało się nie oczekiwać czegoś wielkiego.
- Ale Jezus umarł! Już Go nie ma! – przywoływali siebie w myślach do porządku.

6. Uczniowie idący do Emaus

Uczniowie wyruszyli wczesnym popołudniem. Do Emaus mieli kilkanaście kilometrów.
- Dwie, trzy godziny nam wystarczą i będziemy na miejscu – mówili między sobą. Chcieli przestać myśleć, o tym co się stało, ale nie mogli. Musieli to z siebie "wyrzucić", wygadać się. Uczniowie byli zajęci sobą i tak wciągnięci w rozmowę, że nawet nie zauważyli, jak od pewnego momentu, szedł za nimi jakiś człowiek, bacznie przysłuchując się temu, co opowiadali. Szedł w tym samym kierunku, do Emaus, i po dłuższej chwili dołączył do nich i zapytał o czym tak żywo rozmawiają. Uczniowie zatrzymali się jakby wyrwani z transu, zadziwieni, że nieznajomy nie wie o takich ważnych rzeczach, o tym, co się w tych dniach wydarzyło w Jerozolimie. Jeden przez drugiego zaczęli mu opowiadać o swoich nadziejach, rozczarowaniu, o Jezusie, który miał wyzwolić Izraela. Ze ściśniętym gardłem powiedzieli o ukrzyżowaniu i śmierci. Wspomnieli też o swoim dzisiejszym przerażeniu, bo rano kilka kobiet z grupy było u grobu i ten ponoć był pusty, co potwierdzili inni. 

Nieznajomy słuchał cierpliwie, jak uczniowie opowiadali z wypiekami na twarzy o wszystkim, co przeżyli. Kiedy skończyli, on spokojnie zaczął im tłumaczyć sens tego, co się stało. Nawet ich nie zdziwiło, ani nie zraziło, jak im powiedział:
- O nierozumni, jak nieskore są serca wasze do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy!
Tłumaczył pisma proroków tak zrozumiale i tak klarownie, że znowu wszystko wydawało się im jasne. Serce im biło mocno i sami się sobie dziwili, jak mogli wcześniej tego nie widzieć. To przecież takie oczywiste! 
Ani się spostrzegli kiedy doszli do Emaus i stanęli przed domem, do którego zmierzali. Nieznajomy robił wrażenie, jakby chciał iść dalej, ale uczniowie bardzo nalegali, żeby z nimi został. Nie opierał się więc dłużej i wszedł z nimi do domu. 

Droga, jaką przebyli z Jerozolimy nie była zbyt długa, więc wędrowcy nie byli bardzo strudzeni, ale słońce już zachodziło i zbliżała się noc. To nie był czas na samotne wędrówki. 
W głębi duszy czuli jednak, że chcą pobyć jeszcze z nieznajomym. Było im tak dobrze, kiedy z nim rozmawiali. Gdy wychodzili z Jerozolimy byli smutni i zmieszani. A teraz są spokojni, pogodni. Nie potrafili tego dokładnie nazwać, ale czuli się zauroczeni tym tajemniczym towarzyszem podróży. Gdy zasiedli do posiłku, sprawy przybrały zaskakujący obrót. Nieznajomy wziął chleb, odmówił błogosławieństwo i podał im. Uczniowie patrzyli na jego ręce, słyszeli wypowiadane słowa i wtedy zrozumieli: Jezus żyje! To On sam szedł z nami.
Pan zniknął im z oczu, ale oni poderwali się i biegiem ruszyli do Jerozolimy.

7. Uczniowie w Wieczerniku

Gdy uczniowie dotarli do Jerozolimy, był już wieczór. Drzwi do Wieczernika były zaryglowane. Zaczęli w nie pukać, a Kleofas zawołał:
- Piotrze, Jakubie, to ja, otwórzcie!
Głosy wewnątrz na chwilę ucichły. Ze środka odezwał się ktoś:
- Jesteś sam? Nikt cię nie śledził?
Kleofas zaprzeczył, a po chwili szczęknął rygiel i drzwi się otworzyły. Uczniowie szybko weszli do Wieczernika. Byli tam prawie wszyscy: apostołowie, kobiety i inni uczniowie. Rozemocjonowani, jeden przez drugiego, wykrzykiwali:
- Jezus zmartwychwstał! On żyje! Ukazał się Piotrowi!
Kleofas wtedy z bijącym sercem opowiedział im o spotkaniu z Jezusem po drodze, o tym jak zachwycili się Jego słowami i jak Go rozpoznali w końcu przy łamaniu chleba.
Zebrani przeczuwali doskonale, że stało się coś niezwykłego, choć lęk przed prześladowaniem tłumił ich entuzjazm.

Gwar w Wieczerniku wzmagał się coraz bardziej. Po ciszy, smutku i wyczekiwaniu w szabat, ten pierwszy dzień tygodnia wlał w serca uczniów jakąś nową nadzieję. Choć lęk ciągle ich paraliżował, to jednak coś się przełamało, a nawet można powiedzieć, wybuchło z niespotykaną siłą. Każdy chciał coś powiedzieć, a tyle mieli do opowiadania. I nagle pośród nich pojawiła się znajoma postać. Wszyscy oniemieli i stanęli, jak wryci. To był Jezus, tego byli pewni, ale podobnie jak wtedy na jeziorze, gdy z łodzi widzieli Go kroczącego po wodzie i myśleli, że to zjawa, tak i teraz wydawało się im, że to duch. Wtedy ze strachu krzyczeli, teraz głos uwiązł im w gardłach.
A Jezus powiedział:
- Pokój wam! Nie bójcie się i nie bądźcie zmieszani. To Ja jestem!

8. Uczniowie ze Zmartwychwstałym

Uczniowie patrzyli oniemiali na jasną postać, która jednym swoim słowem uciszyła gwar, jaki jeszcze przed chwilą wypełniał Wieczernik. Niektórym zaczęły się jednak pojawiać w myślach jakieś wątpliwości. Czy to może być Jezus? Drzwi są przecież zaryglowane. Nikt ich nie otwierał. Jak On mógł tutaj wejść? To nie może być żywy człowiek. To się nam musi wydawać. To na pewno duch. Jezus jednak znał ich wszystkich. Wiedział kim są i co myślą. Wiele razy mogli się o tym przekonać. Dlatego też im powiedział:
- To Ja jestem. Nie jestem duchem. Chodźcie i zobaczcie, dotknijcie się mnie. 
Te słowa poruszyły uczniów. Tak często przecież byli blisko Pana i On ich też dotykał. Ale teraz stali, jak skamieniali. Kilka niewiast podeszło bliżej. Pozostali przyglądali się niepewni i zmieszani. 

Radosna wieść o tym, że Jezus żyje, że niektórzy Go widzieli, rozpoznali, poruszyła całą wspólnotę. Nie spodziewali się jednak Jego pojawienia się. Zaskoczyło ich, bo było takie nagłe i takie inne niż wszystkie wcześniejsze. Jezus zostawiał ich już samych, był sam na górze, modlił się w samotności, byli sami na jeziorze, ale to było coś zupełnie innego. Uczniowie znaleźli się w niespotykanej wcześniej sytuacji. Zostali wyrwani ze smutku ostatnich dni, to prawda, w środku czuli jakby wulkan przeżyć, emocji i opowiadań, a jednocześnie coś ich trzymało w gorsecie wątpliwości, pytań i zmieszania. Jezus widział to i rozumiał ich. Poprosił o coś do jedzenia, jakby starając się, że może to pomoże uczniom pokonać obawy i przekonać się, iż to nie zjawa, tylko On sam, żywy!

9. uczniowie napełnieni Duchem i "Niewierny"

Jezus zjawił się uczniom wystraszonym i zamkniętym w Wieczerniku. Kiedy usłyszeli: „Pokój Wam!”, a zwłaszcza kiedy mogli zobaczyć Jego ręce i bok, nie mogli opanować rozpierających ich emocji. Zaczynało się coś nowego, czego nie znali. Nie wiedzieli co będzie dalej. Jezus, niezrażony ich trudnościami, mówił im:
- Posyłam was na cały świat tak, jak Ojciec Mnie posłał – roztaczał przed nimi wizję misji tak, jakby chciał dokończyć przerwaną przed chwilą mowę. Uczniowie słuchali tego, co mówił, a wyobraźnia przenosiła ich do Galilei, kiedy słyszeli: „Wy jesteście solą dla ziemi, wy jesteście światłem świata. Bądźcie doskonali”. W głowach uczniów pojawił się widok wzgórz okalających Jezioro Galilejskie. Na chwilę zaczęli oddychać tamtym powietrzem i czuć ten specyficzny zapach zieleni i wody. "Posyłam was" – odbijało się w nich echem tak, jak usłyszane wtedy "Błogosławieni". 

Na twarzach uczniów w końcu zagościł uśmiech. Ich oczy zaczęły błyszczeć. To rzeczywiście Jezus! On żyje! Wspomnienie męki znikło jak senna mara. Jezus podniósł swoje ręce i wyciągnął je nad zebranymi. Oczy uczniów były w Nim utkwione w oczekiwaniu na coś ważnego. Jezus im powiedział:
- Weźcie Ducha Świętego! Rozgrzeszajcie!
Apostołowie doskonale wiedzieli o czym mówił. To tak, jak wtedy, kiedy siedzieli w domu i na łożu, z góry, spuszczono przed nich sparaliżowanego człowieka. ‘"Odpuszczają ci się twoje grzechy" – usłyszeli. "Rozgrzeszajcie" – odbiło się echem w ich głowach. To było, jak nakaz, jak wtedy, kiedy sam powiedział: „I Ja ciebie nie potępiam”.
Jezus z wolna opuszczał ręce, ale uczniowie czuli, jak wewnętrzna energia i siła ich napełnia. Doświadczali nagłego przypływu mocy, której wcześniej nie mieli. 

Pan zniknął z oczu uczniom równie nagle, jak się pojawił. Przez dobrą chwilę, jednak, wszyscy stali, jak skamieniali, a wtedy nagle rozległo się głośne pukanie do drzwi.
- Otwórzcie, to ja, Tomasz! – odezwał się głos z zewnątrz. Ktoś podbiegł i otworzył drzwi, żeby Didymos mógł wejść do środka. Rano wychodził przygnębiony i wewnętrznie rozbity. Nie mógł sobie poradzić z burzą emocji. Wracał spokojniejszy. Zdziwiony spojrzał na wszystkich wokoło, a wtedy oni, przekrzykując się nawzajem, wołali:
- Jezus żyje, widzieliśmy Pana. 
Tomasz słuchał tego z niedowierzaniem. "Jak to żyje, przecież umarł na krzyżu, wszyscy to wiemy" – pomyślał. Spochmurniał na twarzy zły, że go nie było, i przez zaciśnięte usta wycedził:
- Jak nie zobaczę śladów gwoździ na rękach i rany w Jego boku nie uwierzę, to nie może być prawda.

10. Uczniowie w Jerozolimie II

Ranek przywitał uczniów blaskiem słońca. Budzili się z wolna. Noc okazała się błogosławieństwem. Sen ich trochę uspokoił. Ostatnie dni przyniosły im tyle mocnych wrażeń, były tak wielkim wstrząsem, że z trudem mogli wszystko w sobie pomieścić. A to wieczorne spotkanie z Panem z jednej strony wprawiło ich w zdumienie, z drugiej stało się jakimś wyzwoleniem, uwolniło ten kocioł emocji. 
Uczniowie powoli zaczęli się krzątać. Wtedy Piotr, patrząc po wszystkich wokoło, powiedział:
- Janie, Mateuszu, nie ma już Judasza, który trzymał sakiewkę. Weźcie trochę pieniędzy i kupcie coś do jedzenia. Jest nas tu sporo i nie możemy nadużywać gościnności.
Jan i Mateusz zebrali się szybko i wyszli z Wieczernika. Tomasz siedział z boku, patrzył na zebranych, i pomyślał:
- Ja nigdzie się nie ruszam! 

Jan i Mateusz wrócili po kilku godzinach. Maria, Salome i Joanna zajęły się przygotowaniem czegoś do zjedzenia. Apostołowie zebrali się na chwilę w rogu sali, aby posłuchać wieści.
- Jest duże poruszenie w mieście – powiedział Jan. Ludzie snują różne domysły. Ponoć Judasz, który wydał Jezusa Arcykapłanom, opamiętał się i zrozpaczony rzucił im pieniądze.
- Inni mówią – wtrącił się Mateusz, że ponoć odebrał sobie życie.
- Rozpowiadają też – dodał Jan, że ukradliśmy ciało Jezusa z grobu i kłamiemy, że zmartwychwstał.
Uczniowie zajęli miejsce przy stole. Nie było tak uroczyście, jak w czasie Ostatniej Wieczerzy, ale myśli i skojarzenia same im się narzucały.
W pamięci czuli delikatny dotyk Jezusowych dłoni, kiedy obmywał ich stopy. W uszach im brzmiało: "Bierzcie i jedzcie, i pijcie, na Moją pamiątkę". Nie wypowiadali słów, ale oczy szkliły im się ze wzruszenia.

11. Tomasz po ośmiu dniach

Dni mijały jeden za drugim. Uczniowie nie czuli się zbyt pewnie, zwłaszcza po tym, co usłyszeli od Jana. Ludzie ponoć oskarżają ich o to, że wykradli ciało Pana a rozpowiadają, że zmartwychwstał. Wszyscy zgromadzeni w Wieczerniku wiedzieli, że to jest kłamstwo. Oni nie wykradli ciała Jezusa, On rzeczywiście zmartwychwstał, żyje. Spotkali Go przecież.
Ale na wszelki wypadek, kiedy wychodzili, starali się nie rzucać w oczy postronnym. A drzwi dokładnie zamykali. Pomimo tego, tak jak osiem dni wcześniej, zobaczyli pośrodku siebie jasną postać Jezusa.
- Pokój wam! – zabrzmiało znowu echem w Wieczerniku. Serca uczniów zabiły mocniej.
- Tomaszu – powiedział Jezus - podejdź do mnie i dotknij. To Ja jestem! Przybliż się "i nie bądź niedowiarkiem".
Tomasz poczuł, jak nogi się pod nim uginają. Wyciągnął drżącą rękę, by dotknąć Jezusa. 

Tomaszowi drżały dłonie, kiedy palcem dotykał ran Jezusa na rękach. Przeszył go dreszcz, kiedy dotknął Jego przebitego boku. Czuł, jak cały się trzęsie. Z trudem mógł opanować emocje. Jeszcze parę dni temu, z pewną butą mówił, że "nie uwierzy", jeśli nie dotknie. Dzisiaj, onieśmielony, przekonał się, że to, co mu opowiadano, było prawdą. Z jego ust wyrwało się:
- Pan mój i Bóg mój! - Nie do końca wiedział, co powiedzieć, tak był przejęty.
Jezus, jakby niezrażony wątpliwościami Tomasza, patrząc po wszystkich wokoło, powiedział:
- Wy mogliście patrzeć i dotykać, ale błogosławieni są ci, którzy nie widzieli, a uwierzyli.
Uczniowie stali wpatrzeni w postać Pana, ale On zniknął im z oczu. Czuli jeszcze cały czas wewnętrzne poruszenie, ale i niepokój, co dalej, czego od nich chce Jezus?

12. Uczniowie w Galilei

Jedenastu uczniów, już bez Judasza, ruszyło w drogę do Galilei, jak im to zostało polecone. Zatrzasnęły się za nimi drzwi bezpiecznego w tych dniach Wieczernika, ale na północ ruszyli w milczeniu i chyłkiem. Wybrali drogę doliną rzeki Jordan. Wyszli za miasto a ich policzki zaczął smagać suchy, pustynny wiatr. Kamienista, niezbyt szeroka droga w kierunku Jerycha wiła się wśród pagórków i stawała coraz bardziej stroma. Nie umawiali się, ale każdy miał w myślach usłyszane kiedyś słowa: „Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców”. Ciarki przechodziły im po plecach. I jak echo odbijało się w ich głowach: „Idź, i ty czyń podobnie”. W oddali zaczęły się wyłaniać powoli wzgórza Galilei. Z Apostołów spływało napięcie. Tutaj byli u siebie. Tutaj mogli swobodnie oddychać. 

Jezus zjawił się im, kiedy byli na górze. Góry Galilei, ileż tu wspomnień – pomyśleli, ileż cudów. Oczyma wyobraźni widzieli tłumy słuchające Jezusa, zdziwienie i podziw, kiedy rzesze zostały nakarmione przez Pana chlebem i kilkoma rybami. Piotr aż się zatrząsł, kiedy przypomniał sobie jak był przestraszony na górze Przemienienia. Z tego rozpływania się we wspomnieniach wyrwały uczniów słowa Jezusa: "Jestem z wami na zawsze. Mam pełnię władzy, w niebie i na ziemi. Idźcie do wszystkich narodów, nauczajcie i udzielajcie im chrztu". Uczniowie spoglądali po sobie niepewni, co by to miało konkretnie oznaczać. Nie wiedzieli jak sobie poradzą? Przecież byli tylko prostymi rybakami. Jeszcze niedawno byli sparaliżowani strachem. Teraz perspektywa "całego świata" ich przerażała. Uspokajało ich tylko Jezusowe: „Nie lękajcie się! Ja jestem z wami”.

13. Uczniowie i cudowny połów

Słońce już zaszło za horyzontem. Szymon Piotr stał nad brzegiem jeziora, wciągając pełną piersią hausty ciepłego, wieczornego, nieco wilgotnego powietrza. Patrzył na taflę wody. Ileż razy stał w tym miejscu, przygotowywał sieci i łódkę, żeby wypłynąć na połów. Ciekawe, czy nie zapomniałem, jak się łowi ryby? – pomyślał i poczuł nagły przypływ nostalgii.
Pozostali Apostołowie stali i rozglądali się. Byli stąd. To były ich miejsca, ich widoki. Tu Jezus ich spotkał i stąd poszli za Nim. Wydawało się im, że to było "wczoraj", a przecież minęły trzy lata.
- Idę łowić ryby! – rzucił Piotr w ich kierunku.
- Zaczekaj, my też pójdziemy – powiedzieli, wyraźnie ożywieni tą propozycją. Łodzie odbiły od brzegu. Szymon wziął sieć, zamachnął się i wrzucił do wody. Patrzył, jak z wolna się zanurza. Tego się łatwo nie zapomina – pomyślał zadowolony.

Noc stawała się coraz ciemniejsza. Na delikatnie pofalowanej tafli jeziora odbijał się księżyc, przysłonięty cieniutkim welonem chmur. Blade lampki na dziobach oświetlały łodzie i krzątających się wolniej, sennych już Apostołów. Szymon Piotr powtarzał rutynowe działania. Chwytał sieć, robił odpowiedni zamach, wrzucał do wody najdalej jak się dało. Potem wolno przyciągał ją do siebie.
- To niemożliwe! Co się dzieje? – syknął poirytowany, kiedy rzucając sieci po raz chyba setny, wyciągał je puste. - Ani jednej marnej rybki! A przecież zawsze były! – pomyślał.
Nad ranem niebo się rozjaśniło.
- Nic tu po nas, wracamy! – zdecydował Piotr.
Do brzegu mieli ze sto metrów, kiedy jakiś stojący tam człowiek zawołał:
- Jak nic nie macie na posiłek, to zarzućcie sieci po prawej stronie!
Jak to, to my jesteśmy przecież "doświadczonymi rybakami!" – pomyśleli. Z lekkim oporem zarzucili jednak sieci.

14. Uczniowie po cudownym połowie

Szymon Piotr powoli zaczął ciągnąć ku sobie sieć i poczuł jakiś dziwny opór. Nie mógł uwierzyć własnym oczom, jak woda spieniła się od trzepoczących ogonami wielkich ryb. Było ich tak dużo w sieci, że uczniowie nie byli w stanie wciągnąć jej do łodzi. Jan nachylił się w kierunku Piotra i wyszeptał:
- To jest Pan!
Piotr struchlał. Nie wiedział, co ma zrobić. Patrzył na kotłujące się w sieci ryby, spoglądał na postać Pana. Zarzucił na siebie jakąś szatę, bo nie był ubrany i wskoczył do wody, żeby szybciej znaleźć się na brzegu. Pozostali uczniowie podpłynęli łodziami, ciągnąc za sobą nabrzmiałe od ryb sieci. Gdy schodzili na ląd, byli znużeni i głodni po nocnym połowie. Zobaczyli rozpalony ogień, a w powietrzu unosił się miły zapach opiekanego chleba i ryby.

Uczniowie wciągnęli łodzie na piasek, żeby nie odpłynęły na jezioro. Wyciągnęli też na brzeg sieci z rybami. Od wielu lat zajmowali się rybołówstwem i sporo już widzieli, ale nadal nie mogli wyjść z podziwu nad tym, co się stało na ich oczach. Byli zdumieni.
Nie zaczniemy jeszcze jeść! – powiedział Jezus, musicie przynieść kilka ryb, któreście złowili.
Szymon Piotr zrobił kilka kroków w stronę jeziora. Poluzował sznur, aby dostać się do wnętrza sieci. Ryby były ogromne. Jak ich tutaj dużo – pomyślał.
Wyślizgiwały mu się z rąk, ale jedna po drugiej, ostrożnie wyjmował je, układając na piasku. Jak grom uderzyła go myśl: „odejdź ode mnie, Panie, nie jestem godzien”. Był poruszony i czuł się grzeszny jeszcze bardziej niż wtedy, kiedy Jezus mu powiedział: „odtąd ludzi będziesz łowił”. 

Noc była długa i nużąca, ale poranny, cudowny połów otrzeźwił uczniów wystarczająco. Byli nim poruszeni. Chętnie przyjęli zaproszenie, aby się posilić. Wypłynęli bowiem na połów dosyć spontanicznie i nie przygotowywali się do niego. Teraz głód zaczął im już doskwierać. Jezus podawał im chleb i rybę. Jakub zaczął jeść i nagle zaświtała mu myśl, że przecież nie tak daleko stąd, Pan rozmnożył kilka chlebów i parę rybek dla tysięcy ludzi, a apostołowie zebrali potem kosze pełne resztek. Natanael patrzył z uwagą na dłonie Jezusa podające chleb i wracał myślami do Wieczernika, do ostatniej wieczerzy, słysząc jakby: „bierzcie i jedzcie!”
Było podobnie, jak dawniej. To był ten sam Jezus, tego byli pewni, ale też jakoś inaczej. Nie mieli jednak odwagi, by Go wypytywać o cokolwiek.

15. Szymon Piotr i Jan Apostoł II

Słońce coraz wyżej wspinało się na błękitnym niebie. Po nocnej pracy i porannym posiłku, uczniowie poczuli znużenie i senność.
Jezus podszedł do Szymona i odeszli na pewną odległość od pozostałych. Piotr rozglądał się po okolicy. Przed jego oczyma ukazała się Góra Błogosławieństw a dalej jego rodzinne Kafarnaum. Z entuzjazmem, niemal, mówił Jezusowi:
- Tak, Panie, Ty wiesz, że cię kocham - kiedy On zapytał, czy kocha Go bardziej aniżeli pozostali. Kiedy jednak Jezus zapytał go o to po raz trzeci, spochmurniał. Zdawało się, że powrócił myślami do dziedzińca arcykapłana i echem w jego uszach się odbijało: „nie znam tego człowieka!” Ze ściśniętym gardłem, powiedział:
- Panie, Ty mnie znasz, Ty wiesz o mnie wszystko. Ty wiesz, że Cię kocham. 
Rozgrzeszające Jezusowe: „Paś owce moje!” było jak ciepły promień słońca. 

Szymon nic nie odpowiedział na trzykrotne Jezusowe wezwanie, aby "pasł Jego owce". Wyznawał tylko swoją miłość. Nie obiecywał niczego, niczego nie postanawiał. Zbyt mocno w jego głowie tkwiło pianie koguta, które skutecznie blokowało wszelkie przechwałki i zapewnienia. Jezus widział, że jest smutny i ma ogromne poczucie winy. Ale właśnie wtedy przypomniał mu to, co najważniejsze:
- Pójdź za Mną!
Szymon nieomal podskoczył z wrażenia. Już kiedyś usłyszał podobne słowa, kiedy Pan mówił, że na nim jako skale, zbuduje swój Kościół, a bramy piekła go nie przemogą. Niedługo po tym Jezus przypominał mu wszakże, jakie jest jego miejsce: „zejdź mi z oczu, szatanie!”. Miał gęsią skórkę na samo tylko wspomnienie, ale teraz w końcu zrozumiał, że Pan mówi: "Stań za mną, to nie ty decydujesz, ale Mnie naśladuj!". 

Szymon razem z Jezusem wracali już do pozostałych, kiedy zauważyli, że Jan wstał i szedł w ich kierunku. Piotr znał Jana bardzo dobrze. Pracowali razem, przeżyli wspólnie wiele. Nie raz wypływali na jezioro. Obaj byli rybakami. Jan był dużo młodszy, ale miał w sobie coś ujmującego. Potrafił zjednywać sobie ludzi. Jezus nazwał go, co prawda, "Synem gromu", bo nie raz dał się poznać z porywczości, ale emanowała z niego też łagodność i miłe usposobienie. Był "umiłowanym uczniem" Jezusa, inni doskonale to czuli, ale nie byli zazdrośni, bo Jan się nie wywyższał.
Piotr, widząc przyjaciela, zaciekawiony spytał Jezusa o jego przyszłość. Nie spodziewał się, że Pan mu z naciskiem powtórzy: "jego losy to nie twoja sprawa". Tobie nic do tego. Ty masz pójść za Mną!’ 

16. Uczniowie i Wniebowstąpienie

Droga do Jerozolimy nie była łatwa dla uczniów. Z każdą chwilą czuli, jak wzrastało w nich napięcie. Coraz więcej milczeli, mocując się ze swoimi wspomnieniami i przeżyciami.
Kilka tygodni wcześniej było podobnie. Jezus szedł znacznie ich wyprzedzając. Teraz Go, co prawda, nie było, ale czuli, jak nogi stawały się coraz cięższe, a każdy krok był okupiony wielkim wysiłkiem. Zatrzymali się w bezpiecznych murach Wieczernika. Jezus zjawił się nieoczekiwanie. Upewniał ich, że nie jest zjawą, ani duchem. „Musi się wypełnić wszystko, co jest napisane o Mnie w Prawie Mojżesza, u Proroków i w Psalmach” – przypomniał uczniom to, co wcześniej wielokrotnie im mówił, a nie rozumieli. Nagle z ich oczu opadła jakby zasłona, a umysł zalało światło. I teraz zrozumieli, wszystko stało się tak jasne, tak oczywiste. 

Apostołowie stali wpatrzeni w Jezusa. Choć nie potrafili sobie do końca wytłumaczyć dlaczego, to jednak mieli pokój w sercu. Słowa Pana łagodnie przenikały ich obolałe dusze i umysły, dając poczucie, że rzeczywiście wszystko, co się zdarzyło, ma sens. Mesjasz musiał cierpieć i umrzeć, aby trzeciego dnia zmartwychwstać. To w Jego imię ma być głoszone nawrócenie i odpuszczenie grzechów. Uczniowie słuchali słów Jezusa i lekko przytakiwali głowami.
- Nie odchodźcie teraz z Jerozolimy! – powiedział Jezus, dodając - Mówiłem wam, że zostaniecie ochrzczeni Duchem Świętym. To jest obietnica mojego Ojca. Zaczekajcie na tę moc z wysoka i bądźcie moimi świadkami.
Zapadła cisza. Słowa Jezusa odbijały się echem od ścian Wieczernika tak, jak wcześniej: "bądźcie jedno, nie załamujcie się w wierze, wytrwajcie we Mnie!", przenikając serca i dusze Apostołów. 

Uczniowie niemal zastygli zasłuchani, gdy nagle wyrwał ich głos Jezusa:
- Chodźcie, idźmy stąd!. 
Już kiedyś w Getsemani słyszeli podobne słowa: „wstańcie, chodźmy”, ale to wspomnienie trochę ich zaniepokoiło. Czuli się niepewnie, kiedy, jak wtedy, tymi samymi schodami schodzili w kierunku Ogrodu Oliwnego. Jezus nie zatrzymał się tam jednak, ale poszedł dalej, w stronę Betanii. Na szczycie Góry Oliwnej przystanął i spojrzał na Jerozolimę. Uczniowie byli zadowoleni, że minęli to "straszne miejsce", gdzie Pan został zdradzony i pojmany, a oni okazali się tak słabi. Stanęli wokół Jezusa, a On podniósł swe ręce. Kładł je na głowie każdego i błogosławił. Nikogo nie pominął. Z Jego dłoni spływało na nich niezwykłe ciepło. Uczniowie przeczuwali, że nadchodzi jakaś zmiana. A Jezus uniósł się i zniknął im z oczu.

17. Uczniowie po Wniebowstąpieniu

Uczniowie przez dłuższą chwilę stali nieruchomi, wpatrując się w unoszącą się postać Pana. Ciągle jeszcze czuli Jego obecność, ale wydawało się im, że powoli znikał z ich oczu, przysłaniany jakby obłokiem. Szymon Piotr już chciał się wyrwać z wołaniem: "Panie, nie odchodź!", ale wtedy przypomniał sobie słowa z góry Przemienienia: „To jest Syn mój, Wybrany, Jego słuchajcie!” I nic nie powiedział. Przez cały ten czas po zmartwychwstaniu uczniowie wiedzieli, że Pan przychodzi i objawia się, kiedy sam chce. To On decydował kiedy pojawia się i odchodzi. Teraz jednak czuli, że jest inaczej. Coś się skończyło. Dlatego, trochę z tęsknoty, trochę z zagubienia, wypatrywali Pana, jakby chcąc Go przywołać wzrokiem. Wtedy ich oczom ukazali się dwaj ludzie w białych szatach.
- Nie wpatrujcie się w niebo! Jezus powróci" – stwierdzili. 

Uczniowie wracali do Jerozolimy z Góry Oliwnej. Przechodzili obok ogrodu Getsemani, wspinali się tymi samymi schodami, którymi szli tyle razy. Oczyma wyobraźni widzieli pojmanego Jezusa prowadzonego tędy na dziedziniec arcykapłana. To był przykry widok i bolesne wspomnienie, ale teraz byli już inni, tak wiele się zmieniło.
Weszli do Wieczernika. Byli tam wszyscy. Apostołowie i inni spośród Jego uczniów. Maryja, Matka Jezusa i wiele kobiet, które towarzyszyły Mu od Galilei.
Po chwili milczenia, dał się słyszeć delikatny śpiew:
- Szema Jisrael, szema Jisrael – słuchaj Izraelu, słuchaj Izraelu, Pan jest naszym Bogiem, Pan jest jedyny! Będziesz miłował Pana całym swoim sercem.
Śpiewna melodia wzmagała się i cichła, wypełniając cały Wieczernik. Było inaczej niż w synagodze. Wszyscy byli razem i modlili się wspólnie. Delikatne dźwięki pieśni wyciszały serca i napełniały pokojem. 

Przez kolejne dni uczniowie przebywali w Jerozolimie. Wiedzieli, że muszą wypełnić słowo Jezusa i czekać na "moc z wysoka". Każdego dnia zbierali się jednak na wspólną modlitwę w Wieczerniku. To było tak ważne miejsce dla nich, tyle się tam wydarzyło. Kiedy pewnego popołudnia zebrała się ponad setka braci Jezusa, jak się nazywali, Piotr wstał i powiedział do nich:
- Wszystko, co się nam przydarzyło, stało się, aby się wypełniły zapowiedzi proroków. Nawet działanie Judasza, który wydał Jezusa, zostało zapowiedziane przez Ducha Świętego.
Wszyscy słuchali Piotra w milczeniu, kiwając tylko głowami i dziwiąc się zrządzeniom Opatrzności.
- Musimy, jednak – kontynuował Szymon Piotr, dołączyć w jego miejsce kogoś, kto był z nami od początku.
Przedstawiono zatem dwóch. Po modlitwie dano im losy i Maciej został dołączony do grona apostołów.

18. Maryja i Maria Kleofasowa

Maryja siedziała nieruchomo w rogu tej przyjaznej "Sali na górze’" – Wieczernika, w którym spędzała teraz wiele czasu. Była niewysoka i miała trochę śniadą cerę. Nie wyglądała na swoje 50 lat, choć siwe kosmyki włosów, wystające spod łagodnie pofałdowanej chusty, i jakiś smutek w oczach zdradzały przeżycia nie tylko ostatnich tygodni. Z zaciekawieniem przyglądała się zbierającym się w Wieczerniku ludziom. Wielu z nich znała. Niektórzy byli nawet jej rodziną. Ale przede wszystkim to byli najbliżsi dla Jej Syna, Jezusa. To On ich powołał. I to wystarczało, żeby i dla Niej stali się bliscy.
- Synu, czemuś nam to uczynił? – przypomniały się Jej nagle słowa wypowiedziane do dwunastoletniego Jezusa w świątyni, kiedy szukała Go razem z Józefem. Teraz już wiedziała. Łagodnie się uśmiechając, pomyślała: "On rzeczywiście należy do swojego Ojca". 

Co chwilę ktoś przychodził do Wieczernika. Bracia zbierali się na wieczorną modlitwę. Była już prawie cała wspólnota.
- Janie – powiedział Szymon - idź do Maryi i poproś Ją tutaj. Nie zaczniemy, zanim nie przyjdzie.
Jan na te słowa zerwał się na równe nogi i podszedł do Maryi.
- Matko, chodź do nas! – powiedział i poczuł dziwny dreszcz, gdy Ją nazwał tak, jak Jezus mu przykazał na krzyżu.
Maryja podeszła i usiadła w środku. Popatrzyła wokoło po zabranych. Przypomniała sobie, jak kiedyś byli razem w Kanie Galilejskiej, na tym weselu, na którym zabrakło wina. „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” – zwróciła się wtedy do sług. "To był pierwszy cud Jezusa" – pomyślała i poczuła przypływ wzruszenia. A to teraz Jego prawdziwa rodzina – snuła dalej rozważanie, bo Jezus pewnie z radością powiedziałby: „oto moja matka i moi bracia”.

W otoczeniu Jezusa było wiele kobiet. Towarzyszyły Mu cały czas. Zapewniały możliwość nauczania, dbając o sprawy codzienne. Maria Kleofasowa była jednak wśród nich wyjątkowa. Była ciotką Jezusa, poślubiła brata św. Józefa. Jakub i Juda, jej synowie, byli apostołami Pana. Szła za Jezusem od Galilei, była do końca pod krzyżem.
- Mario – powiedział do niej Piotr, opowiedz nam o spotkaniu z Jezusem po zmartwychwstaniu. 
Maria, nieprzyzwyczajona do publicznych wystąpień, zmieszała się trochę i zarumieniła.
- Byłyśmy razem z Marią Magdaleną przy grobie – zaczęła nieśmiało - Aniołowie powiedzieli nam, że Jezus zmartwychwstał i pokazali pusty grób. Jak biegłyśmy z powrotem, sam Jezus się nam pokazał – dodała - Nie wiedziałyśmy, co robić. Objęłam Jezusa za nogi. Bałam się, że to jakiś sen. Ale teraz jestem już spokojna – powiedziała na zakończenie i twarz się jej rozpromieniła.

19. Zesłanie Ducha Świętego. Świadectwo

Zbliżało się żydowskie Święto Tygodni, które symbolicznie kończyło coroczne żniwa. Rozpoczynała je Pascha, a po 50 dniach kończyło je właśnie Święto Zbiorów. Do Jerozolimy przybyli wtedy Żydzi z całego świata. Z Azji, Afryki, a nawet ze stolicy cesarstwa, z Rzymu. Pielgrzymowali pobożnie, jak nakazywała tradycja, na pamiątkę Wyjścia z Egiptu. Tłumy w mieście gęstniały i gwar robił się coraz większy. Ludzie opowiadali różne historie o Jezusie, który został zabity, a że teraz ponoć zmartwychwstał. Jedni mówili, że to Jego uczniowie wykradli ciało, a teraz utrzymują, że On żyje. Inni jednak przekonywali, że coś musi być na rzeczy, bo widziano Go wiele razy, i wielu to poświadcza. 
Uczniowie w Wieczerniku byli także podekscytowani. Jezus kazał im nie odchodzić z Jerozolimy, ale oczekiwać "mocy z wysoka", więc czekali cierpliwie. 

Świąteczny dzień wreszcie nadszedł. Uczniowie przeczuwali, że zbliża się dla nich ważna chwila. Jezus świętował z nimi "nową Paschę". Zmarł na krzyżu w dzień Przygotowania, zmartwychwstał pierwszego dnia po szabacie. Pomyśleli zatem, że Święto Żniw, kończące obchody paschalne, będzie być może dla nich wypełnieniem obietnicy Jezusa. Był poranek, nie było jeszcze dziewiątej. Uczniowie zebrali się w Wieczerniku. Znowu byli razem: apostołowie, Maryja, inne kobiety i bracia.
Wtem dał się słyszeć potężny szum. Był jak gwałtowne uderzenie wiatru. Uczniowie czuli jego moc, choć nie poczuli powiewu. Potem zauważyli nad swoimi głowami migające płomyki. Były jakby z ognia, ale nie niosły zniszczenia. Byli w uniesieniu. Z ust wyrywały się im dźwięki i słowa, których sami nie rozumieli. Nie mogli ich jednak zatrzymać. Wiedzieli, że to Duch Święty, obietnica Ojca. 

Widząc, że dzieje się coś niezwykłego, wielu zbiegło się i patrzyli ze zdziwieniem na uczniów. Wiedzieli, że są to Żydzi z Galilei, a przemawiali zrozumiale dla wszystkich, nawet przybyłych z najdalszych zakątków świata. Szymon Piotr nabrał odwagi i stanął wobec zebranego tłumu, a było tam kilka tysięcy ludzi. Wyciągnął rękę, aby uciszyć przybyszów, zadziwionych tym, co widzieli i słyszeli.
- Mężowie… posłuchajcie uważnie mych słów! – zaczął swoją mowę. Gwar przycichł i wszyscy wpatrywali się w Piotra, słuchając tego, co mówił: - Jezus czynił wiele cudów. Został zabity rękami bezbożnych, ale zmartwychwstał, bo Bóg nie mógł dopuścić, by śmierć panowała nad Nim. Zapowiedział to patriarcha Dawid – płynęły słowa Piotra nad głowami zebranych - Wiedzcie zatem – mówił dalej z naciskiem, że Jezus jest Panem i Mesjaszem! On żyje! My jesteśmy świadkami tego. 

Tekst, lektor, montaż

o. Paweł Kosiński SJ

O muzyce

Healing Muses: Dolce Musica - A Contemplative Journey
O Pastor Animarum (Hildegard Von Bingen), O Pastor Animarum (Arr by Eileen Hadidian), Humors of Joyce County (Irish Traditional), Stella Splendens (Spanish - 13th Cen), Mirum Sil Laeteris (Piae Cantiones 1582), Cantus Super Kyrie Deus Sempiterna (Bill McJohn), O'Carolan's Dream (Turlough O'Carolan), Lord Gallway's Lamentation (Turlough O'Carolan), A Scot's Tune (The Jane Pickering Lute Book), Scarborough Fair (Traditional English), Dir Deighre is Breo (Irish), 

 

Healing Muses: Garden of Healing
Adio Querida (Farewell beloved) (Anonymous), Los bibilicos (The nightingales) (Sephardic arr Frankel), Ag Criost An Siol (Christ as the seed) (Sean O'Riada), Kyrie (chant), I am a poor wayfaring stranger